Vexa Rossignol Odlo Swenor Marwe Ski Way SkiGo

Sven-Åke Lundbäck: Krótko, lecz treściwie

opublikowano: 12 marca 2014 autor: Michał Chmielewski
Są w stawce zawodnicy, którzy sukcesy kolekcjonują przez długie lata. Są też narciarze tacy, którym zdobycie wszystkich najważniejszych trofeów zajmuje raptem kilka sezonów. Taki właśnie jest Lundbäck - sportowiec kompletny.
Ikony Narciarstwa BiegowegoArtykuł opublikowany w cyklu nabiegowkach.pl - Ikony Narciarstwa Biegowego

Żaden z niego rekordzista – mogą powiedzieć jego przeciwnicy. Przecież ani nie wygrywał seryjnie Pucharów Świata, ani też nie osiągnął statusu multimedalisty. Czy to na igrzyskach, czy na światowych czempionatach Szwed błyszczał raz. Ten niepowtarzalny. Podczas gdy Jelena Walbe czy Bjoern Daehlie raczej nie pamiętają swoich wszystkich złotych wyścigów, Lundbäck z fotograficzną dokładnością opisać może każdą minutę historycznych rywalizacji. Po krążki z najcenniejszego kruszcu zgłosić się potrafił, rywalom je wydzierał, a dokonywał tego w charakterystyczny dla siebie sposób – bezdyskusyjnie. Na międzynarodowej arenie pojawił się znienacka i tak samo rychło odłożył narty na bok. Autor bogatej kariery, w której – jak sam mówi – brakowało czasem trochę szczęścia. Ale szczęściem jest móc wysłuchać swojego hymnu na igrzyskach olimpijskich. I on tej fortuny dostąpił.

Miód na serca rodaków

Niewiele źródeł dostępnych w internecie traktuje o początkach kariery biegowej Szweda. W zasadzie, wiadomo tylko, że urodzony w małej miejscowości Töre tuż po II Wojnie Światowej z nartami wiele wspólnego miał już od najmłodszych lat. Mały Sven – podobnie jak większość mieszkających w Szwecji rówieśników – korzystał z dwóch desek do poruszania się po śniegu. Od najmłodszych lat podporządkował życie nartom biegowym. - Miałem realne marzenie i wizję, którą pragnąłem urzeczywistnić. To była siła, która pchała mnie na każdy trening i wysiłek – wyjaśniał na łamach jednej z lokalnych gazet. Narciarz do wielkiej kariery miał o tyle większe predyspozycje, że jego ciało dysponowało jednym z najwyższych wskaźników maksymalnej objętości płuc (tzw. „VO2 max"). Podczas testów w szkole sportowej w Sztokholmie medycy wykazali, że wartość ta wynosi niewyobrażalne 94 jednostki. Takiego rezultatu nie osiągnął ponoć nikt przed, ani nikt po przyszłym reprezentancie tego kraju.

Pierwszą znaczącą imprezą, na którą powołany został 24-letni wówczas narciarz były Igrzyska Olimpijskie na japońskiej wyspie Hokkaido. W tym samym mieście, w którym po historyczne złoto sięgnął Wojciech Fortuna, rzeczy cudownej dokonał i on. Nie od razu zanosiło się jednak na triumfy – Lundbäck w pierwszym olimpijskim występie zajął dopiero 13. lokatę, co nie do końca satysfakcjonowało jego trenerów. Jak się nieoficjalnie mówiło, debiutanta w drugiej konkurencji miał zastąpić inny z kolegów z drużyny. Dobrze, że tak się nie stało. Po nieudanym występie w biegu na 30 kilometrów narciarz bardzo zapragnął udowodnić, że jako sportowiec jest wiele wart. Trzy dni po feralnym wyścigu podwójnie zmotywowany stanął do walki na dystansie o połowę krótszym. Postawił wszystko na jedną kartę. Od pierwszych pomiarów czasu powiększał przewagę nad konkurentami. Komentatorzy i obserwatorzy nie do końca wiedzieli, kim właściwie ten Lundbäck jest. Kiedy okazało się, że nad drugim Fiodorem Simaszowem ze Związku Radzieckiego uzyskał ponad pół minuty przewagi, stało się jasne: mamy nowego mistrza!

stamp

Szwecja oszalała z radości. Wyczyn potomka Gustawa Wazy okazał się tym mocniej istotny, gdy okazało się, że złoto przywiezione z biegowych tras było jedyną zdobyczą Szwedów w tej dyscyplinie. Reprezentanci Trzech Koron nie popisali się także w innych startach – do domu przywieźli zaledwie cztery medale, podczas gdy z poprzednich zawodów w Grenoble równo dwa razy więcej. W Skandynawii oraz w wielu innych krajach triumfatorzy z Sapporo uhonorowani zostali m.in. przez zakłady pocztowe. Ich podobizny ukazały się w specjalnych poolimpijskich kolekcjach znaczków.

Gwiazda znad Vesijärvi

Ciężko było Lundbäckowi zbliżyć się do osiągnięcia z Sapporo. Na dwóch kolejnych igrzyskach obijał się o czołowe lokaty, jednak na żadnej z imprez nie dawał rady silniejszym rywalom. Tak było m.in. w Falun '74, gdzie brąz na 50 km o prawie minutę przegrał z Thomasem Magnussonem.

Własna publiczność świeżo upieczonemu bohaterowi postawiła poprzeczkę wysoko. Przeskoczył ją dopiero w sąsiedniej Finlandii. To nad jeziorem Vesijärvi fani podziwiać mogli absolutny szczyt formy Svena. W 1978 roku stał się jednym z najpopularniejszych narciarzy w Europie, a o biegu na 50 kilometrów mówiło całe miasto. Po latach posuchy na tron wrócił w stylu godnym ikony narciarstwa biegowego. Szwed nie tylko odpłacił się za porażkę sprzed czterolecia, ale też znacząco wsparł kolegów w marszu po pierwsze od szesnastu (!) lat złoto w sztafecie. Na fińskiej ziemi ekipa w składzie: Lundbäck, Johansson, Limby i Magnusson nie dała szans gospodarzom i odwiecznym rywalom z Norwegii.

Przyciemnij tło

- To był taki niepozorny gość. Nie wyglądał jak rasowy mistrz. Jak go nie było, to go nie było, a jak się pojawiał, to od razu okrutnie wszystkich lał. Pamiętam go. Na pięćdziesiątkę w Lahti był nie do zatrzymania, a ja – będąc siódmym – straciłem do niego prawie sześć minut – wspomina inny bohater tamtych zawodów Józef Łuszczek. I ma Polak pamięć świetną, bo w rywalizacji na najdłuższym dystansie Szwed pokonał drugiego Jewgienija Beliajewa (ZSRR) aż o 51 sekund. To był wtedy nokaut.

Wassberg stanął murem!

Po takim występie w kraju prawie pewne było, że narciarz jest jednym akelundback lahti  z głównych kandydatów do tytułu sportowca roku. Niestety Lundbäck go nie otrzymał. I pewnie nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie specyficzny protest, którego dwa lata po MŚ w Lahti honorowo dopuścił się inny Szwed Thomas Wassberg. Kolega Svena, w geście solidarności, w 1980 roku prestiżowego Svenska Dagbladets nie przyjął. Od kapituły miał otrzymać tytuł w zamian za sukcesy odniesione na Igrzyskach Olimpijskich w Lake Placid - zdobył tam złoto na dystansie 15 kilometrów.

Młodszemu o osiem lat koledze nie spodobało się, że w 1978 kapituła pominęła kandydaturę podwójnego mistrza świata z Lahti. Lundbäck w kontrowersyjnych okolicznościach stracił miejsce na rzecz tenisisty Björna Borga i alpejczyka Ingemara Stenmarka, choć ten drugi szczycił się tamtej zimy prawie identycznym dorobkiem (2 złota na MŚ w Garmisch-Partenkirchen). Pat ten trwał przez następne 33 lata. Dopiero pod koniec 2013 roku, za namową przyjaciół i rodziny, Wassberg przebaczył „haniebny" czyn i przyjął swoje odznaczenie. - To było coś wspaniałego, że mistrz olimpijski wstawił się za mną przed całym narodem. Ale jeszcze lepiej, że zgodził się przyjąć nagrodę – cieszył się pokrzywdzony przed laty Lundbäck.

Bieg(i) Wazów

Po odwiedzeniu oficjalnej strony internetowej Biegu Wazów szybko pokierowałem się w kierunku zakładki „unique races". Rok po roku organizatorzy spisali tam chwile wyjątkowe: rekordy, pierwsze triumfy poszczególnych narodowości, niezwykłe anegdotki i historyjki. Rok 1981 zarezerwowany jest dla bohatera, który na mecie w Morze spiął klamrą całą swoją dotychczasową karierę. Biegiem ku czci Gustawa Wazy zamknął pewien etap w swoim życiu lub – jak opisuje to szwedzka strona – postawił kropkę nad „i". Dlaczego aż tyle uwagi poświęcono wówczas Lundbäckowi? Ano dlatego, że w swym debiucie w tak długiej rywalizacji po prostu ją... wygrał.

Sven nigdy nie odstawił nart biegowych w kąt ciemnej china piwnicy. Dwie deski są dla niego metodą na wolny czas, środkiem konserwującym ciało i – jak sam przyznaje – najlepszym hobby na świecie. Przez lata emerytury oddawał się wielogodzinnym treningom, a gdy w pobliżu domu zaczynało brakować naturalnego śniegu, uczęszczał na siłownię. Choć obiecał sobie, że już nigdy nie weźmie udziału w zawodach, u progu 2012 roku odbył daleką podróż do Chin, by wystartować w 10. edycji tamtejszego... 瓦萨运行. No dobrze, trochę łatwiej: Vasaloppet. To nie pomyłka. Już jako młodzieniec marzył o zwiedzaniu świata. Jednym z tych snów było stanięcie na rękach (!) na Wielkim Murze Chińskim. Dokonał tego wraz z żoną Leną.

Mistrz z Sapporo do dziś pozostaje jednym z nielicznych zawodników, którzy sięgnęli po triumf w Igrzyskach Olimpijskich, Mistrzostwach Świata i Vasaloppet. Wieloletni nauczyciel, ekspert ds. smarowania i wzór dla setek sportowców swoją najlepszą rolę widzi gdzie indziej. - Najfajniejsza praca to zawód dobrego męża.

zaktualizowano środa, 12 marca 2014 12:54
Oceń artykuł
(0 głosów)
Michał Chmielewski

Michał Chmielewski

Dziennikarz sportowy specjalizujący się w narciarstwie klasycznym. Niestety nie udało mu się być najlepszym na polu sportowym - wiele lat spędzonych przy skoku o tyczce nie przyniosło upragnionego medalu Mistrzostw Polski. Wieloletni narciarz i zjazdowiec nawrócony na biegówki. Współtwórca cyklu "Polska biega na biegówkach" w Gazecie Wyborczej. Ze spikerskim i radiowym doświadczeniem stara się nieść najlepsze informacje i opinie.

Komentarze (0)
↑ pomniejsz okienko | ↓ powiększ okienko

busy

Społeczność na biegówkach

  • artykuły użytkowników

lubią nas