Vexa Rossignol Swenor Marwe Ski Way SPINE SkiGo

Laponia 2021. Relacja z wyprawy na północ Szwecji na biegówkach i nartach backcountry

opublikowano: 19 marca 2021 autor: Tomasz Michalski
Dwa lata temu dostałem psa północnego pierwotnego rasy łajka karelska – Sybira. Pies ten przewartościował moje podejście do podróżowania. Obydwaj weszliśmy na nieznany nam teren – zima na dalekiej Północy. W tym roku przyszła kolej na wyprawę do szwedzkiej Laponii.

Podróżuję od kilkunastu lat. Wiem, jak to jest brodzić w gwatemalskiej, panamskiej, meksykańskiej, kolumbijskiej dżungli w wodzie po pas. Wiem, jak to jest spać na hamaku pod gołym niebem, podczas gdy na dole pełza śmiercionośny wąż nauyaka pit viper. Wiem również, jak to jest odnaleźć ślady pazurów jaguara tuż obok obozowiska. Nie jest mi również obce dogorywanie z pragnienia na pustyni granicznej między Iranem a Afganistanem. Tym razem mieliśmy się zmierzyć z zupełnie innymi niebezpieczeństwami.

Naszym celem była południowa część znanego szlaku Kungsladen, tj. rejon Hemavanu. Zważywszy na pozostawiany przez nas przy wejściu do szlaku samochód, mieliśmy w planie zatoczyć koło od Hemavan, poprzez chatę Viterskalet, Syter, Tarnasjon, aby następnie wrócić do Hemavanu – ok. 100 km w ok. 6 dni przez górzyste, otoczone jeziorami tereny.

Wyjazd do Laponii stał pod znakiem zapytania do samego końca. Spowodowane to było niepewnością związaną z wynikiem testu na COVID-19, który od 6 lutego 2021 r. trzeba przedstawić podczas kontroli na granicy oraz ewentualnymi obostrzeniami, które mogły zostać wprowadzone przez stronę szwedzką.

Dzień 1. Wyścig ze zmierzchem

Kalendarz pokazuje 25 lutego 2021 r.
Dzień wyjazdu. Bezproblemowo przechodzę test antygenowy. Pakuję pulkę (sanie transportowe), psa, plecak i narty. We trzech (ja, Czesio i pies Sybir) zamierzamy rzucić wyzwanie szwedzkiej Laponii przed nadejściem sezonu zimowego, który trwa tu od 5 marca do ok. 20 kwietnia każdego roku.

W sezonie szlak przemierzają turyści, skutery dowożące drewno i zaopatrzenie do chat, a w samych chatach przebywają zarządzające nimi osoby. Opłata za chatę w sezonie wynosi ok. 200 zł od osoby (jeżeli mamy kartę STF, podobno działa też polska PTTK); bez karty to koszt ok. 250 zł. Zważywszy, że jest przed sezonem, będziemy zdani wyłącznie na siebie. Nie liczymy, że na szlaku będzie ktoś oprócz nas.

Pierwszy etap to samo dotarcie na miejsce. 4 godziny drogi do Gdańska. 18 godzin na promie do Nynashamn. Następnie ok. 1100 km jazdy samochodem na północ.

W sobotę ok. 14.00 meldujemy się na szlaku. 3 godziny do zmierzchu. Do przejścia 12 km. Przewyższenia ok. 500 m. Z pulką w 3 godziny nie ma nawet mowy, żeby dostać się do celu podróży – chaty Viterskalet. Trudno. Ruszamy. Jest GPS. Damy radę.

Teren jest trudny, często nachylony, co przy trawersie kilkunastokrotnie wywraca pulkę. Śnieg zmrożony z wierzchu. Twardy. Czesław walczy niemiłosiernie. Trudno się dziwić. Idzie na nartach Salomon 45 mm, w zwykłych butach. Zakrawa to na żart. 

Dlaczego? Po pierwsze, narty te są dużo za wąskie na poruszanie się w kopnym śniegu. Narta taka powinna mieć moim zdaniem od 80 mm lub więcej. Po drugie, biegówki nie mają metalowych krawędzi, co utrudnia zjazdy i panowanie nad nartami na twardym śniegu. Po trzecie, zwykłe buty biegowe nie trzymają kostki w stopniu odpowiednim, tak jak czyni to but backcountry, nie są również wystarczająco ciepłe, żeby zapewnić komfort w trudnych warunkach. Czesiek jednak ciśnie i nie poddaje się. To człowiek starej daty, prawdziwy wiarus. Cechuje go nienaganna wręcz technika, lwia wytrzymałość i odporność na trudy.

Możecie czasem usłyszeć, że podczas takich wędrówek technika poruszania się na nartach nie jest ważna, że „na nartach backcountry nie ma techniki, gdyż to zwykłe chodzenie jest". Nie zgadzam się. Zarówno podejścia, zjazdy (chociażby telemarkiem, pługiem przy stromych zjazdach na twardych nawierzchniach), jak i poruszanie się na płaskim terenie wymagają zarówno wiedzy teoretycznej, jak i praktycznej. Strome zjazdy z pulką, która potrafi cię wyprzedzić i z psem, który susami sunie w dół jak armata, to nie lada wyzwanie.

Ja miałem narty Sporten Explorer BC 64 mm, buty Alpina BC 1600 i foki. Zestaw dużo odpowiedniejszy na warunki północne niż ten Czesława, jednakże narty wciąż sporo za wąskie na kopny śnieg.

Cześka wielokrotnie informowałem o tym, że nie da rady na Północy na zwykłym zestawie nart biegowych i butów. Ten jednak uparł się, rzucił: „Co, że ja nie dam rady?", a potem było, jak było :). Nie wyobrażam sobie, żeby jakikolwiek inny biały człowiek, oprócz mojego upartego kompana dał sobie radę w tamtych warunkach na zwykłych biegówkach...

Nastaje mrok. Zorza tańczy pod chmurami, oświetlając nas w sposób iście psychodeliczny. W pewnym momencie nie sposób odróżnić horyzontu od podłoża, po którym się przemieszczamy. Nagle tracę grunt pod nogami. Lecę w dół. Bachhhh! Zadudniło.

Czesław nadciąga zmartwiony. Pozbierałem się. Jedziemy dalej. Teraz kolej na Czesia. Odpiął narty na chwilę. Jedna z nich sunie w dół zbocza. Czesiek sunie za nartą. Coraz dalej i dalej. Myślę sobie: „po wyprawie".

W oddali majaczy światło jednej chaty Viterskalet STF. W sezonie zimowym i letnim będzie prężnie działać. Teraz stoi pusta. Zgodnie ze szwedzkim prawem możemy przenocować w tzw. emergency roomie. Zużyć niezbędny do przetrwania opał drewna. Topić śnieg.

Pędzę w stronę chaty. Zostawiam plecak i pulkę, idziemy z Sybirem po Czesia. Ten zjawia się jednak przed chatą. Ma narty, Bogu dzięki. Upiekło nam się to nieodpowiedzialne wyruszenie z niedoczasem.

Następuje proza wyprawy. Topienie śniegu, ogrzanie chaty, rąbanie drewna. W części posiłkujemy się wodą ze studni, wykutej w jamie w lodzie. Aby zaczerpnąć wodę, trzeba zejść ok. 3 m po ledwie zarysowanych stopniach, trzymając się liny. Raz ja, raz Czesio, i żaden z nas nie ma ochoty powtórzyć tej przyjemności. Karmię psa, smaruję mu poduszki kremem maszerskim. Topimy śnieg na jutro, żeby sprawniej ruszyć z rana.

Dzień 2. Walka z wiatrem

Nastaje niedziela. Wieje mocno. Ruszamy, celem jest chata Syter STF.

Droga wiedzie piękną doliną U-kształtną. Po lewej i prawej stronie pną się urwiska stromych gór, w tym najwyższej w rejonie góry Sytertoppen (1768 m n.p.m.). Wieje coraz mocniej, z plecaka zrywa mi pokrowiec. Przed nami rozpościera się bezkres bieli i czerwonych krzyży znaczących drogę. Widoczność pogarsza się. Docieramy do rastugi syter, która znajduje się ok. 6 km przed Syter STF. Rastugi to chaty, w których można się schronić w razie konieczności.

Pijemy herbatę. Jem chałwę, Czesiek kiełbasę i ser. Chcemy ruszyć, jednakże rozpętuje się piekło, które – jak się później okazało – miało z nami pozostać na dłużej. Jego dantejski oddech będziemy czuć na plecach niemal do końca wyjazdu. Nie sposób opuścić chaty. W zasadzie to ciężko nawet otworzyć drzwi, które wiatr zamyka z drugiej strony. Wysyłam zapytanie do dwóch osób. Pierwsza to Zbyszek Galik – zaprzyjaźniony polarnik, który z lotu ptaka czuwał nad tym, żebyśmy cali wrócili do domu (polecam wyprawy, które Zbyszek organizuje w Norwegii, m.in. z pulkami i z psami rasy grenland). Druga to koleżanka Aśka, z którą rok wcześniej eksplorowaliśmy w zimie rejony Grovlesjon.

Może telefon złapie zasięg. Po ok. 2 godzinach odzywają się. Sytuacja jest niewesoła, ma być tak samo lub gorzej. Konsultuję to również ze znajomym meteorologiem. Piotr Paweł potwierdza złe wieści. Czeka nas nocleg w chacie.

Wiatr uderza w deski, ciska śniegiem przez szpary w drzwiach. Zaklejamy je czarną taśmą naprawczą. Chata burczy, nadyma się i postękuje. Boimy się, że za chwilę będziemy bez dachu nad głową. W taki wiatr nie rozstawimy przecież namiotu. Jeżeli nawet wiatr nie wyrwie nam namiotu z ręki, to może go porwać albo połamać stelaż. Można oczywiście próbować kopać dół, a następnie w tym osłoniętym od wiatru dole rozstawić namiot. Można próbować zbudować mur ze śniegu od strony wiatru, byle nie za blisko namiotu, gdyż konstrukcja może się zawalić i uszkodzić namiot lub jego mieszkańców. Tak naprawdę jedyne, co można zrobić, to wykopać jamę śnieżną. My całe szczęście mamy chatę. Zmęczeni zawieruchą w końcu zasypiamy.

Dzień 3. Strach

Ranek nie przynosi dobrych wieści. Wieje tak samo. Widoczność na 50 m.

Kończy się drewno do ogrzania chaty. Ja mam dwa śpiwory. Czesiek jeden. Ja mam puchowy komfort –14°C i syntetyk komfort –9°C. Do tego wkładka. Zakładam gogle i napieram z całej siły na drzwi, które, zawiane śniegiem, nie chcą ustąpić. Idziemy. Wiatr przeturlał psa Sybirka. Wieje okrutnie. Nic nie widać. Pojawia się jeden krzyż, następnego nie widać. „Czesiek wracamy" – wyję wręcz w kierunku towarzysza, przekrzykując wiatr. Nie ma chaty, gubimy się. Nie widać nawet psa, który powinien być 1,5 m przede mną. Smycz niknie jednak w bieli i nie kończy się rudym cielskiem Sybira.

Włączam w garminie opcję „track back". Po lewej pojawiają się drewniane ściany chaty. Wpadamy do niej jak zbite psy. Trzęsą się nogi, Sybir cały w śniegu i lodzie. Tego twardziela trudno wystraszyć, jednak widzę, że ta przygoda go poruszyła. Jest wiadomość od Zbyszka. okno pogodowe o godz. 13.00.

Przed 13.00 podejmujemy decyzję i ruszamy. Boje się, bo z tym wiatrem w plecy, po przejściu kilkuset metrów, powrót w zasadzie nie będzie możliwy. Wiatr pcha nas jak żaglówki na jeziorze, nie musimy pracować kijkami. Chyba muszę jechać pługiem, bo nabieram szybkości. Widoczność słaba, jednak widać kilka krzyży na przodzie.

Przedzieramy się dalej doliną. W pewnym momencie widać nawet niebieskie niebo. Widoki zapierają dech. Zaczynamy podejście, które zdaje się nie mieć końca. W dole rozciąga się przepiękny widok na krainę zamarzniętych jezior, w tym na cel naszego jutrzejszego etapu: Tarnasjon. Zaczynamy stromy zjazd zalodzonym zboczem. Wręcz nie da się jechać, schodzę bokiem, trzymając pulkę za stelaż. W dole widać już Syter STF i mostek.

Emergency room jak zwykle otwarty. Rozpalam w piecu. Nadchodzi Czesiek. Obraz nędzy i rozpaczy, wpadł do rzeki i zatrzymał się na zgiętym kolanie. Gdyby nie to kolano, jedyne, co by po nim zostało, to kijki. Ja bym się natomiast zastanawiał, gdzie się podział Czesiek. Ten jest przemoczony i wystraszony, ogrzewamy się przy piecu.

Chata, o dziwo, ma pełny zasięg sieci komórkowej. Pogoda za nami ma się nie polepszać. My przecież mieliśmy zatoczyć kółko i wracać do samochodu. A ma wiać 20-30 m/s. Podejmujemy decyzję, pójdziemy przed siebie, byle uciec przed wiatrem.

Dzień 4. Woda i śnieg na lodzie

Następny dzień to trasa do Tarnasjo STF. Idzie dobrze. Wiatr hula, wieje w plecy. Widoczność niezła. Wchodzimy na jezioro Tarnasjon. Na powierzchni slash (tzw. slash layer), czyli przesiąknięty wodą śnieg, warstwa pomiędzy śniegiem a lodem. Pod spodem lód. Jest raczej bezpiecznie, nie chcemy być jednak mokrzy. Warstwa tzw. slasha może być cienka (do kostki), a może być gruba (do kolan lub wyżej).

Pójdziemy letnim szlakiem. Jesteśmy w bardzo trudnym terenie, każdy krok to męka. Skorupa śniegu pęka pod nartami, po czym zapadamy się na metr, półtora metra w puchu. Wygrzebywanie się z tego kosztuje wiele sił każdego z nas, w tym Sybira.

Wjeżdżam w zaspę. Bachhh! Załamuje się pode mną śnieg. Lecę, odzierając ze śniegu bok mostku, który był pod śniegiem. Ląduję głową przy strumieniu. Nie mam siły się pozbierać. W zasadzie to Sybir wyciąga mnie na górę. Klnę siarczyście.

Czesiek woła: „Idziemy na jezioro", i tak po godzinie docieramy do STF Tarnasjo, klucząc po drodze między wodą na jeziorze, dzięki szóstemu zmysłowi Sybira. Wieczorem obserwuję zalążek zorzy polarnej.

Dzień 4. Polacy?

Następny dzień wita nas bez wiatru. Świeci słonce. Na śniegu tańczą złociste iskry. Ruszamy. Początek trudny. Topimy się w śniegu. Strome podejścia. Trudy drogi wynagradza nam widok ze szczytu. Laponia. Bezkres. Wysokie góry. Morze śniegu.

Wchodzimy na otwarty, niezadrzewiony obszar śniegu i lodu, tzw. kalfjell. Zaczyna wiać. Oprócz zmagania z wiatrem nie ma trudności. Jedynie piękne widoki. Jestem zmęczony, Sybir momentalnie wyczuwa mój brak energii. Bierze na siebie robotę, ciągnie mnie mocno. Takiego psa nie zastąpi nic na wyprawie. Mój Sybir. Mój przyjaciel Sybir.

Zastanawiacie się, co robi taki pies na wyprawie? Po pierwsze: ciągnie, nadając tempo i odciąża tym samym człowieka. Po drugie: z reguły posiada szósty zmysł do wybierania dogodnej drogi, unikania cienkiego lodu, slasha, który jest czasem niewidoczny na pierwszy rzut oka. Na twardej, drewnianej pryczy może również służyć jako poduszka.

Docieramy do chaty Sevre STF. Następnego dnia mamy dwie możliwości. Pierwsza to droga przez góry do Aigert STF i zejście do Ammarnas w kolejnym dniu. Droga opcja to wędrówka dołem przez jezioro bezpośrednio do Ammarnas – ok. 25 km. To bardzo dużo w tych warunkach i z pulką. Decydujemy się jednak na ten drugi wariant.

Po drodze spotykamy rengerów, strażników parku: „Polacy? Łajka ruda? Matko. Znaleźliście się. Szukaliśmy Was. Tego wiatru nie mieliście prawa przetrwać". Okazało się, że Zbyszek zgłosił nasze problemy. Nie zameldowaliśmy mu się z powodu braku zasięgu. Martwił się, zadziałał profilaktycznie. Dzięki, Zbyszku.

Ranger na skuterze. Robi nam zdjęcia, odwołuje poszukiwania. Na skuterze ma rakiety śnieżne i stare oldskulowe drewniane narty. Zjeżdżamy do jeziora. Ten zjazd sprawia nam tyle radości. Słońce świeci, piękne widoki. Już na jeziorze mija nas zaprzęg rozpędzonych huskich. Już wiemy, że się udało. Lapońska zima zacisnęła nam pętlę na szyi, udało się jednak ujść z życiem.

Na jeziorze spotykamy jedynych turystów podczas naszej wyprawy; właściwie powinienem użyć słowa „podróżnicy". Niesamowici goście: Kajetan Deja i Krzysztof Suchowierski. Według moich informacji to pierwsi Polacy, którzy przeszli całe Kungsladen w warunkach zimowych przed sezonem. Witamy się przejęci i szczęśliwi. Zamieniamy kilka zdań, wymieniamy uwagi na temat sprzętu. Chłopcy z przerażaniem patrzą na narty i buty Cześka. Są na tyle dobrze wychowani, że nie komentują jednak jego sprzętu. Pożegnalna fotka i rozchodzimy się każdy w swoją stronę.

Nadjeżdża kolejny ranger: „Co? Polacy? Czy wszyscy Polacy są na tyle szaleni, żeby odwiedzać te tereny przed zimowym sezonem?" Nie wiem, czy wszyscy, ale my z Cześkiem, Kajetanem i Krzysztofem na pewno :). Gość jest pod wrażeniem. Życzy nam spokojnej drogi do Ammarnas i informuje, że załatwi nam nocleg na miejscu.

W końcu docieramy do przepięknej klimatycznej wioski Ammarnas. Koniec przygody przypieczętowujemy uściśnięciem ręki. Głębokim wypuszczeniem powietrza z płuc i puszką żarcia dla Sybira.

W lokalnym sklepie łypią na nas lokalesi. W końcu kasjerka nie wytrzymuje i pyta: „To wy jesteście tymi zaginionymi Polakami?". Tak, to my, proszę pani. A teraz proszę podać puszkę coli i ciasteczka. Wieczór wieńczy zorza tańcząca na niebie. Obiecujemy sobie, że to nie ostatnia nasza przygoda. Patrzymy z tęsknotą w stronę gór.

Dzień 5. Lapońska przygoda dobiega końca

Rano wsiadamy do autobusu i jedziemy ok. 6 godzin w stronę samochodu. Żaden z nas po drodze się nie odzywa. Kontemplujemy tę piękną, srogą zimę w ciszy. Każdy w swoim sercu.

Sybir też jakby posmutniał. Lapońska przygoda dobiegła końca, kochany piesku. Za rok, za rok...

Informacje praktyczne

1) Sprzęt:

  • narty backcountry, najlepiej 80 mm lub szersze,
  • foki,
  • kije z dużymi śniegowymi talerzykami; jeśli używacie 150 cm, to na wyprawę warto zabrać 155 lub 160 cm,
  • śpiwór warto mieć puchowy komfort –20°C lub więcej + wkładka do śpiwora,
  • pulka lub plecak (lub jedno i drugie) w zależności od terenu. Jeśli są strome podejścia i zjazdy, to pulki nie polecam.

2) Prom Polferries: kajuta dla 2 osób i psa oraz opłata za samochód kosztowały 1600 zł w obie strony.

3) Chaty STF są nieczynne przed sezonem, natomiast dostępny jest wtedy tzw. emergency room, którego nie trzeba rezerwować.

4) Jedzenie – zabraliśmy ze sobą nieocenione liofilizaty LYO Polska, batony, chałwy, kabanosy i ser żółty. Same liofilizaty są wygodne i mało ważą. Przy dłuższych wyprawach można przesypać je do woreczków strunowych, co pozwoli zaoszczędzić sporo miejsca. W celu dodania kalorii można do środka zetrzeć żółty ser – na wyprawie ciężko nie być w deficycie kalorycznym.

Razem z Sybirem już jesteśmy myślami przy następnej wyprawie. Czy będzie to inna część Kungsladen, czy płaskowyż Hardangervidda w Norwegii, czy daleka Syberia – tego jeszcze nie wiemy. Czas pokaże. Oprócz takiej wyprawy, chciałbym również zorganizować coś dla ludzi, którzy chcieliby pojechać na daleką północ, a potrzebują pomocy w organizacji, wprowadzenia w temat, doradzenia, pokazania.
Zainteresowanych proszę o kontakt na e-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. .

5) Pies:

  • Psu koniecznie musicie zapewnić dużo tłuszczu, chociażby olej z łososia oraz pedantycznie pielęgnować mu poduszki łapek specjalnym kremem maszerskim.
  • Bardzo polecam karmę kanadyjskiej firmy Orjen, szczególnie Orjen Tundra.
  • Jeśli nie macie psa północnego, to szczerze odradzam zabranie takiego psiaka na daleką Północ, jak mocny i wysportowany by się nie wydawał.

O autorze

Tomasz Michalski Tomasz Michalski

Podróżuję od kilkunastu lat. Ameryka Południowa, Meksyk, Gwatemala, Panama, Bliski Wschód, Iran i wiele, wiele innych miejsc na świecie. Podczas podróży staram się odnajdować zwykłego człowieka w miejsce wszędobylskiej komercji. Od kilku lat razem z psem Sybirem odkrywamy zimę na dalekiej Północy.

Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

 
zaktualizowano piątek, 19 marca 2021 11:12
Oceń artykuł
(5 głosów)
Komentarze (0)
↑ pomniejsz okienko | ↓ powiększ okienko

busy

Społeczność na biegówkach

  • na tablicy

  • na forum

  • artykuły użytkowników

Więcej

lubią nas