nabiegowkach.pl > Imprezy > Relacje > Nordenskiöldsloppet – najdłuższy i najcięższy bieg narciarski na świecie okiem uczestnika

Nordenskiöldsloppet – najdłuższy i najcięższy bieg narciarski na świecie okiem uczestnika

Nordenskiöldsloppet – najdłuższy i najcięższy bieg narciarski na świecie okiem uczestnika

220 km na nartach biegowych za kołem podbiegunowym po bezludnych lasach i jeziorach północnej Szwecji? Tak, jest wielu śmiałków, którzy nie tylko chcą pokonać trasę pierwszych w historii zawodów ultra z 1884 r., ale i ścigać się na takim dystansie. Wśród uczestników są ambitni amatorzy żądni tak ekstremalnej przygody, jak i utytułowani zawodnicy z czołówki maratonów narciarskich.

W 1884 roku zwycięzca biegu Pavva Lasse Nilsson Tuorda pokonał tę trasę na drewnianych nartach, jedząc suszone mięso renifera, w 21 godzin i 22 minuty. Dzisiaj za złamanie tego wyniku dostaje się medal z jego podobizną. Biegnie się 110 km do Njavve i z powrotem tą samą trasą. Teren jest w zasadzie bezludny – w całej gminie Jokkmokk, niewiele mniejszej niż województwo dolnośląskie, mieszka 5,5 tys. ludzi.

Pomysł wyjazdu zrodził się w saunie w Lahti, gdzie – po biegu Finlandia-Hiihto – ktoś o nim opowiadał. Początkowo miałem go za wariata, ale potem ziarno zaczęło kiełkować… Gdy już dojrzałem do tego wyzwania, wziąłem się za organizację. Bieg jest daleko – za kołem podbiegunowym – z Wrocławia dalej nawet niż Sycylia. Ale można polecieć przez Warszawę i Sztokholm do Luleå i stamtąd 2 godziny samochodem albo autobusem.

Hotele są dwa i to małe, a uczestników około 500, więc pokój wynająłem przez organizatorów u szwedzkiej rodziny. Trafiłem świetnie. Wcześnie kupiłem pakiet z pełnym serwisem nart (drogo, ale warto) i poczytałem o biegu – trzeba się bardziej starannie przygotować niż zwykle.

narty biegowe sklep

Sprawdź ofertę popularnego sklepu z nartami biegowymi biegowkowy.pl.

Na miejsce doleciałem bez większego problemu, w czwartek po południu, razem z nartami. Najgorsze byłoby, gdyby zgubili mi narty. W Jokkmokk nie bardzo jest co pożyczyć. W razie czego w Luleå w sklepie sportowym można jakieś kupić, a być może też pożyczyć. Potem wypożyczonym samochodem do Jokkmokk. U moich gospodarzy był już Lars z Göteborga, a miał dojechać jeszcze jeden zawodnik z Oslo.

Pojechałem po pakiet i na zakupy (są dwa dobre sklepy). Gospodarze, Ingela i Frederik, okazali się rewelacyjni – niezwykle otwarci i serdeczni. Frederik biegł już cztery razy, z czego raz w niewiarygodnym czasie 16 godzin. Dla debiutanta był bezcennym źródłem informacji, którymi chętnie się dzielił. W ogóle serdeczność i zaangażowanie gospodarzy i mieszkańców miasteczka w bieg jest niesamowite.

W przeddzień biegu, po sprawdzeniu prognoz pogody, podjąłem strategiczne decyzje co do worków. Organizatorzy dostarczają trzy worki – rzeczy zostawiane na starcie oraz dowożone na nawrotkę w Njavve i do namiotu w Bälkasgårrå, mijanego dwa razy: na 57. i 159. kilometrze. Oczywiście jakąś bieliznę na zmianę, skarpetki czy rękawice warto mieć w obu.

Ponieważ celowałem w medal lub szybciej, a warunki rano miały być szybkie, postanowiłem (jak się okazało słusznie) włożyć cieplejszą kurtkę i zapasowe buty do Bälkasgårrå, bo mija się ten punkt w okolicy zachodu słońca, kiedy zaczyna być mocno zimno. Tam też włożyłem główną czołówkę, co było ryzykowne (malutką zapasową miałem już od Njavve). Miało być mroźno rano, lekki plus w dzień z minimalnymi opadami śniegu oraz większy mróz wieczorem i w nocy. Czyli suche buty miały się przydać. Wieczorem odebrałem jeszcze narty z serwisu Skigo.

Rano okazało się, że prognoza się nie sprawdziła – od jakiegoś czasu padał śnieg. Na start miałem 15 minut. Poszedłem pieszo, bo nie bardzo jest gdzie zaparkować na tyle blisko startu, żeby opłacało się brać auto. Nie trzeba być jakoś specjalnie wcześniej. Sektory wybiera się samemu, poza elitą. Nie mają takiego znaczenia jak w innych biegach, bo stawka rozciąga się dość szybko. Można wybrać do 17 h, 17-20 h oraz ponad 20 h. Optymistycznie stanąłem na samym końcu sektora 17 h.

Ruszyliśmy o 5 rano, tuż przed wschodem słońca, ale było w miarę jasno. Tory zasypane i pierwsze 3-4 godziny jechaliśmy środkiem, co było dość ciężkie, zwłaszcza że tempo było żwawe. Przypomniała mi się tegoroczna śnieżyca na Marcialondze. Nie było może aż tak źle, ale dobrze też nie – 220 km bez torów to byłoby wyzwanie. Dobrze, że wziąłem smarowane narty, bo nie chciałbym tego dnia jeździć z foką.

Na szczęście śnieg zelżał, a potem przestał padać i około 50. kilometra pojawiły się tory. Trasa nie jest zupełnie łatwa – owszem, sporo płaskiego po jeziorach, ale suma przewyższeń to ok. 1600 m, w tym jedna spora góra, krótko przed nawrotką. Biegnie się ją oczywiście dwa razy, zjazdy są dość trudne, zwłaszcza w drodze powrotnej, gdy technika zaczyna już siadać. 120 km robi swoje. 

Do Njavve dobiegłem bez większych kryzysów, bo mocno kontrolowałem tempo. Teraz myślę nawet, że zdecydowanie za mocno, co odbiło się na wyniku, ale czułem bardzo duży respekt do dystansu.

Co kilkanaście kilometrów jest punkt żywieniowy – dają napoje: izotonik, jakiś inny napój, wodę, moją ulubioną zupę jagodową (Blåbärssoppa) – z powrotem piłem tylko ją, czasem jest bulion czy kawa. Poza tym żel (przysługuje jeden, ale jest wybór smaków i wersja z kofeiną), banany, batony energetyczne, od obiadu kanapki z serem, różne bułeczki. W czterech punktach można zjeść coś ciepłego (zupa albo makaron). Dla mnie było najzupełniej wystarczające.

Jeszcze przed górą przemknęli wracający już zawodnicy elity. Później coraz częściej mijało się kogoś – najpierw tych szybszych, a po nawrotce tych wolniejszych, więc trzeba uważać, zwłaszcza na zjazdach i zwężeniach.

Na nawrotce w Njavve, korzystając z pakietu serwisowego Gold, oddałem narty do dosmarowania na trzymanie. Trzymało dobrze, ale bałem się, że na tym samym smarze nie dojadę do mety. Warto tutaj pochwalić serwis Skigo – zrobili mi narty rewelacyjnie: właściwe trzymanie przez całe 110 km, jechało jak trzeba. I to w bardzo zmiennych warunkach. No, może minimalnie lodziło na szczycie góry, ale tam był zupełnie inny śnieg i nie do tego stopnia, żeby był problem. Zresztą widziałem, że inni mieli tak samo.

Czekając na narty wziąłem worek, żeby coś więcej na siebie założyć – ubrałem się bardzo cienko i zmarzłem – oraz zupę i wszedłem do ciepłego namiotu. Miła pani z zabezpieczenia medycznego pomogła mi przykleić plastry na kciuki – miałem niewielkie pęcherze. Inni, jak widziałem, mieli często znacznie większe problemy: konieczność tape’owania kciuków, problemy z nogami. Mają plastry w namiocie, ale jak chce się użyć lepszych żelowych, to trzeba mieć swoje. Ja małą paczkę miałem ze sobą.

Wiedziałem od Frederika, że nie wolno siedzieć długo w namiocie. W sumie jednak to wszystko zajęło dobrych kilka minut i już wiedziałem, o co mu chodziło. Wszystko zaczęło boleć i mówić: nie jedź dalej! Zebrałem się i wyszedłem. Na szczęście trochę zaczęło się przebijać słońce, po kilometrze wszystko wróciło do normy i mogłem bez problemu biec.

Później przyjemny fragment po jeziorze, dość długi, miejscami stromy podbieg, ostrożny zjazd i dalej znów przyjemnie po zamarzniętym jeziorze i drogą do Bälkasgårrå, gdzie w worku miałem czołówkę. Wybór worka był dość ryzykowny, bo przyszedł zmierzch, a miałem jeszcze dość daleko. Zatem trochę przyspieszyłem, połknąłem bardziej niż zjadłem małą ciepłą kolację w Granudden i praktycznie w ostatnich momentach znośnej widzialności dobiegłem do namiotu. Tam założyłem cieplejszą kurtkę, cieplejsze rękawiczki, czołówkę i ruszyłem dalej.

Zapadła noc i spore fragmenty biegłem sam. Czasem ktoś mnie mijał, czasem ja kogoś wyprzedzałem. Na jeziorach były migające lampki co jakiś czas, co pomagało, choć trasę trudno było zgubić, bo tylko tam były tory. Bieg w nocy na zupełnym odludziu był zupełnie zjawiskowy.

Największe problemy miałem z trzymaniem kijów – dłonie, przedramiona i łokcie najmocniej dają się we znaki. Z tego, co rozmawiałem, w zasadzie wszyscy z tym walczą. Dlatego nawet na bardzo płaskich podbiegach przechodziłem z pchania na jednokrok albo nawet krok klasyczny, żeby trochę zmienić mechanikę ruchu. Elita i niektórzy amatorzy pchają całą trasę, ale na pierwszy raz bym z tym uważał – góra i końcówka robią swoje.

Nie miałem większych problemów, choć ubrałem się wciąż nieco za cienko i było mi chłodno, zwłaszcza po zjazdach. Końcówka nie jest szczególnie łatwa – jest długi łagodny podbieg, zjazd, a już bliżej samego Jokkmokk trasa jest kręta i wyboista, są przetarcia, wystające gałęzie, nie wszędzie są tory. Szczególnie ostatnie 2 km są trudne, a to wszystko w świetle czołówki i z mocno pogorszoną techniką.

Potem się okazało, że ktoś tam złamał palec (i była to na szczęście największa kontuzja na biegu). Na samym końcu, tuż przed metą, niespodzianka – krótki, ale szybki zjazd z ciasnym zakrętem 180 stopni. Są ostrzeżenia, ale refleks już nie ten. Dobrze, że zdążyłem przypługować. Zwycięzca Biegu Piastów Thomas Bing się tam wywrócił i stracił szanse na wygraną, a biegli równo na finisz we trzech.

Na mecie ktoś mi odpiął narty – bo schylanie się jest trudne – przywitali mnie moi gospodarze, którzy akurat byli wolontariuszami między 24 a 4 rano. To było bardzo miłe. 20 godzin i 3 minuty, zatem medal ze spokojnym zapasem. Pamiątkowe zdjęcie, kurtka i busem do domu – uczestników rozwozi się po biegu, co jest niezwykle przyjemne.

Potem lekka kolacja, gorący prysznic i spanie. Uczucie zimna nie opuszczało mnie do rana.

Rano, przy śniadaniu, spotkałem pozostałych biegaczy – jeden też miał medal, ale przybiegł później, a drugi nie ukończył ze względu na problemy techniczne. Czuliśmy się nawet znośnie, ja chyba najlepiej, bo pozostali coś nie chcieli jechać ze mną na małe zwiedzanie najbliższej okolicy.

Odbierając przywiezione z punktów worki, podziękowaliśmy za zaangażowanie, bo w bieg angażuje się prawie całe miasteczko, a często to duże poświęcenie. Na przykład Njavve jest 110 km od Jokkmokk, wiele punktów wymaga długiej jazdy skuterem śnieżnym, dyżury trwają całą noc. Młody wolontariusz był bardzo bezpośredni: „bardzo lubię ten czas, bo normalnie ludzie są tu często skłóceni, a w te dni, kiedy wszyscy robimy coś razem, całe miasteczko jest zjednoczone.”

Informacje praktyczne

Dojazd

Najlepiej dolecieć do Luleå ze Sztokholmu i albo skorzystać jak kolega z kwatery z autobusu organizatorów, albo jak ja – pożyczyć auto – znalazłem super korzystną ofertę i było to wygodniejsze. 175 km do przejechania. Dobra droga, zajmuje to 2 godziny, trzeba mocno przestrzegać przepisów bo policja jest aktywna, nawet dmuchałem w alkomat w drodze powrotnej. Można też dojechać nocnym pociągiem ze Sztokholmu do Gällivare, jak zrobił to trzeci z nas – Lars, ale to jakieś 10-11 godzin plus 100 km autobusem.

Wpisowe

Kosztowało mnie 4400 koron czyli jakieś 1700 zł. Do 30 września było trochę taniej.

Zakwaterowanie i wyżywienie

Bezproblemowe. Hotele są dwa i raczej nie ma szans. Natomiast organizatorzy podają namiar do osoby, która koordynuje noclegi w domach prywatnych. Opłaty są niewielkie. Ja trafiłem rewelacyjnie – mogłem korzystać z kuchni, więc nie korzystałem z niewielkiej oferty gastronomicznej Jokkmokk. Są dwa duże i bardzo dobre sklepy spożywcze. 

Serwis nart

Ja korzystałem z najwyższego pakietu organizatorów. Jest dość drogi (1600 koron, jakieś 600 zł) ale bardzo dobry. Nawet mój doświadczony w tych specyficznych warunkach gospodarz mówił, że raz korzystał i sobie chwalił. W tym pakiecie Gold wliczony jest serwis w trzech punktach po drodze, choć większość ogranicza się do oddania nart w Njavve. Poza serwisem Skigo na trasie są też miejsca do samodzielnego serwisu ze sporym wyborem smarów, więc można próbować samemu. Oczywiście przy pchaniu czy foce serwis ma mniej sensu.

Co zabrać

Na pewno konieczna jest czołówka. Ja miałem 500 lm i jest to rozsądny kompromis między dobrym światłem a czasem świecenia. Mój współlokator miał kłopot z wymianą akumulatora na mrozie i kawałek biegł po ciemku (na szczęście po jeziorze). Ja założyłem opcjonalny pojemnik na zwykłe baterie i jest to dobry wybór. Warto wziąć jednorazowe litowe – drogie, ale bardzo pojemne, lekkie i niemal całkowicie odporne na mróz. Akumulatory są ciężkie i raczej w mrozie nie wytrzymają 5 czy 6 godzin, więc trzeba zmieniać albo kombinować z powerbankiem, i to w nocy na 180. czy 200. kilometrze. Jakaś malutka zapasowa czołówka też jest zalecana.

Przydatny jest zapas odzieży, bielizny, skarpet, rękawiczek na zmianę w trakcie. Ja niewiele z tego korzystałem, ale wiele osób się przebiera, a np. w zeszłym roku było mokro i zmiany były wręcz niezbędne.

Niektórzy biorą coś do jedzenia. Ja nie miałem. Mój gospodarz też nigdy nie brał.

Zapas dobrych żelowych plastrów – małe opakowanie warto nawet wziąć w kieszeń.

Okulary przeciwsłoneczne, nawet bez słońca chronią od wiatru.

Telefon można wziąć na wszelki wypadek, ale lepiej przełączyć w tryb samolotowy, bo w większości nie ma zasięgu i może paść bateria.

Strona WWW biegu: https://www.nordenskioldsloppet.com/

Radosław Stefurak

Radosław Stefurak

Pasjonat narciarstwa biegowego. Przygodę z biegówkami rozpoczął w 2012 roku szukając alternatywy dla narciarstwa zjazdowego. Szybko wciągnęły go treningi i starty w biegach, a jego głównym miejscem treningowym stały się Jakuszyce. Od 2016 roku regularnie bierze udział w Biegu Piastów. Zainteresował się także cyklem Worldloppet i zdobył tytuł Worldloppet Master, wymagający ukończenia dziesięciu biegów długodystansowych na świecie, w tym jednego poza własnym kontynentem. Starty traktuje nie tylko jako wyzwanie sportowe, ale również okazję do podróży i spotkań z osobami o podobnej pasji, wybierając często mniej oczywiste lokalizacje, m.in. w Azji i Oceanii.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

nabiegowkach.pl