Vexa Rossignol Odlo Swenor Marwe Ski Way

Alfa, omega i kałasznikow, czyli praca delegata technicznego FIS

opublikowano: 28 stycznia 2016 autor: Łucja Łukaszczyk
Musi znać się na wszystkim. Od perfekcyjnej techniki biegu, przez wytyczanie tras po przewidywanie pogody. O barwnej pracy delegata technicznego FIS w biegach narciarskich opowiada Zofia Kiełpińska.

Łucja Łukaszczyk: Na czym właściwie polega praca delegata technicznego FIS (Międzynarodowej Federacji Narciarskiej)? Zajmuje się parametrami technicznymi tras czy techniką biegu zawodników?

Zofia Kiełpińska: Delegat techniczny FIS zajmuje się wszystkim. Zna się na parametrach technicznych trasy, na organizacji zawodów, transmisjach telewizyjnych i na technice biegowej. Zna wszystkie przepisy łącznie z międzynarodowym kodeksem karnym, kodeksem postępowania administracyjnego, kodeksem cywilnym. Musi znać się nawet na maszynach, by wiedzieć, jak pracuje ratrak, frez, wyrzynarka. Do tego dochodzi wiedza z zakresu rodzajów śniegu, prognozy pogody i rozpoznawania frontów atmosferycznych. To podstawa, bo na tym opiera się planowanie zawodów, choćby ważna decyzja, kiedy rozpocząć przygotowanie trasy. W ogóle w tej chwili w związku z globalnym ociepleniem mamy problemy ze śniegiem i dla delegata technicznego jest to kolejne wyzwanie.

A jeśli chodzi o technikę biegu, na co szczególnie zwracacie uwagę?

Zawody rozgrywane są dwoma stylami, więc musimy doskonale znać się na technice i umieć rozróżniać kroki stylu klasycznego i dowolnego. Zwłaszcza podczas biegu klasykiem. Tę umiejętność nabywa się, gdy samemu biega się na nartach. Zawodnicy najwyższej klasy, którzy zostają delegatami, mają pewną przewagę: wiedzą, jak oszukiwali. Wiedzą, na co zwrócić uwagę, zwłaszcza podczas mass startu, gdy w całym tłumie np. dziewięćdziesięciu zawodników – jak w peletonie – łatwo się schować i przemycić różne szwindle. Używanie kroku łyżwowego w miejscach, gdzie ktoś wykonuje odepchnięcia zgodne z zasadami techniki klasycznej, daje parę dziesiątych sekundy zysku. W momencie, kiedy zawodnicy na kresce wygrywają jedną dziesiątą sekundy, użycie kroku łyżwowego daje przewagę. Nie karzemy za to, że ktoś użył niedozwolonego w stylu klasycznym kroku, ale za to, że świadomie nadużył przepisów i uzyskał dzięki temu przewagę nad innymi. Dzisiaj każdy sędzia ma telefon z kamerą, więc bardzo łatwo jest sfilmować zawodnika, który gdzieś oszukuje.

Zdarzyło się Pani zdyskwalifikować zawodnika?

Miałam taką sytuację w 2003 roku podczas uniwersjady w Travisio. To były moje pierwsze wielkie zawody. Bieg indywidualny mężczyzn na 10 km klasykiem. Ustawiliśmy kamerę na podbiegu, gdzie można było bardzo dużo zyskać, łyżwując. Podejrzewaliśmy, że takie zdarzenie może mieć miejsce. Nie pomyliliśmy się. Jeden z zawodników na każdym z trzech okrążeń zrobił dokładnie to samo: dwa kroki prawą nogą, dwa lewą, dwa prawą, już był na górze, odpychał się i zjeżdżał w dół. Sędziowie to sfilmowali. Już po pierwszym okrążeniu przynieśli kartę czipową z kamery do pokoju jury, żeby to przejrzeć. Nie mieliśmy wątpliwości, że chłopak świadomie, celowo robi to za każdym razem. Decyzja jury, którego przewodniczącym jest delegat techniczny, była jednogłośna. Sprawdzamy, kogo zdyskwalifikowaliśmy, żeby wezwać zawodnika. Startujących było 120, więc zaczęliśmy od ostatniej strony. Szukamy tego numeru i szukamy. Nie ma na trzeciej stronie, nie ma na drugiej i wreszcie na pierwszej – zwycięzca! Nikolay Chebotko z Kazachstanu. Wygrał z przewagą 7 sekund.

On to pokornie przyjął?

Zawodnik był w szoku, ale jaka potworna afera się zrobiła! Ludzie z Kazachstanu się wściekli i zaczęła się wojna polsko-kazachska. Mówię: „Spokojnie, zapraszam do biura, obejrzymy film". Oni na to, że żadnego filmu nie będą oglądać, bo ich to nie interesuje, że to jest polityczna decyzja, bo ja jestem z Polski. Ale przyszli do biura zawodów. I siedzą. Godzina 19-ta, a oni nie zamierzają wyjść. Wreszcie Chebotko pojawił się w biurze. Kiedy Nikolay przyszedł, trener pyta go po rosyjsku: „Powiedz mi, jak było? Co robiłeś?" On mówi: „Trener, no jak? Tak jak zawsze – dwa kroki lewą, dwa kroki prawą, dwa kroki lewą, popchnąłem i było dobrze." Wtedy ja po rosyjsku (wcześniej rozmawiałam z nimi po angielsku): „Panie trenerze, zawodnik dokładnie powiedział, co zrobił. Chcecie to zobaczyć na filmie?" Oni w szoku, że rozumiem po rosyjsku. Była godzina 22:00, o 5 rano musiałam być na trasie, a oni się nie ruszają z biura. Protestują. Wreszcie gdy powiedziałam, że zostawiam im klucze i wychodzę, wyszli. Wracam zmordowana do hotelu. Wchodzę, a ówczesny wiceprezydent FISU, Ed Zemrau mówi: „O, Zofia, to ty żyjesz? Bo wróciliśmy do hotelu, a tu z kałasznikami stoją działacze z Kazachstanu i mówią, że cię zastrzelą." Było dużo śmiechu, ale dla delegata to w sumie smutna historia.

Czyli jest Pani słynna w FIS-owskich kręgach!

Oczywiście! Ten Nikolay Chebotko to był bardzo dobry zawodnik, spokojny i inteligentny chłopak. Następnego dnia podszedł do mnie trener i powiedział: „My ci udowodnimy, że on wygra wszystko, co jest do wygrania". Odpowiedziałam, że będę się z tego bardzo cieszyć, tylko niech pamięta, że jest technika klasyczna i technika łyżwowa, więc musi je stosować oddzielnie, nigdy razem. I rzeczywiście do końca uniwersjady wygrał jeszcze złoto. Proszę sobie wyobrazić, że przez piętnaście lat, gdy jeździłam jako delegat techniczny na puchary świata, Nikolay zawsze do mnie podchodził się przywitać, opowiadał mi o sobie, o rodzinie. Wyciągnął z tej lekcji wnioski i nigdy więcej nie został zdyskwalifikowany w stylu klasycznym. Kazachstan złożył wtedy apelację do FIS, ale oczywiście została odrzucona. Taka sytuacja nigdy nie jest przyjemna dla jury. Bez względu na to, kogo dyskwalifikujemy. Czasem bardzo słaby zawodnik pomoże sobie tą łyżwą, bo po prostu nie ma sił. Tym bardziej żal takiego chłopaka czy dziewczyny, gdy ma 75 miejsce, ale przepisy są jednakowe dla wszystkich. Dzisiaj przepisy dają możliwość karania tzw. żółtą kartką – to taka druga szansa dla zawodnika.

002

Ile ma Pani w sezonie takich wyjazdów?

Teraz mniej, bo powoli zaczynam z tego rezygnować. Natomiast coraz częściej dostaję wielkie imprezy. Co dwa lata mam swoją uniwersjadę, bo działam też w FISU, Międzynarodowej Federacji Sportu Akademickiego, gdzie jestem dyrektorem biegów i odpowiadam za ich organizację. Jeżdżę na inspekcje, wyznaczam trasy, przygotowuję sobie zespół do pracy i finalizuję zawody. Wtedy jestem tam 2 tygodnie. Jeżdżę też na EYOFy, czyli Olimpijskie festiwale młodzieży Europy i Mistrzostwa Świata Juniorów, które też trwają 2 tygodnie. Ale ponieważ pracuję zawodowo, muszę się ograniczać, bo nie mam tyle urlopu. W tym roku mam np. dwa puchary świata, trzy puchary kontynentalne i mistrzostwa świata juniorów w Rumunii. To będą trudne mistrzostwa: nowe trasy, nowi ludzie, którzy nie mają doświadczenia w przygotowywaniu takiej imprezy.

Zdarza się, że Pani przyjeżdża, a trasy są tak źle przygotowane, że nie wiadomo co robić?

Tak! Choćby sytuacja z uniwersjady w Val di Fiemme w 2013 roku. Słoweński Maribor rok przed imprezą zrezygnował z jej organizacji. Włosi zaproponowali, że zrobią uniwersjadę, ale w grudniu, bo w lutym w Val di Fiemme miały się odbyć mistrzostwa świata. A w grudniu jest duże zagrożenie, że może nie być śniegu. I tak było. Gdy przyjechałam na miejsce 8 grudnia, obraz był nędzny: zaśnieżone 500 m trasy i połowa stadionu. Zawody zaczynały się za trzy dni. Pracowaliśmy wtedy po 19 godzin. Przygotowaliśmy 2,5 km trasy do klasyka i tyle samo do łyżwy. W dodatku na stadionie wybudowana została strzelnica biathlonowa, bo ze względu na animozje między regionami nie pozwolono na to, żeby biathlon przenieść do Antholz-Anterselvy – perfekcyjnego ośrodka biathlonowego. I mieliśmy w Val di Fiemme biegi, biathlon i kombinację norweską. I pani wie, że odbyło się bez choćby jednej dyskwalifikacji we wszystkich konkurencjach?

Trzy dyscypliny na takim spłachetku śniegu? Jak logistycznie to rozwiązaliście?

Wszyscy chcą trenować, wszyscy muszą startować. My mamy jedenaście biegów, biathlon tyle samo, kombinatorzy cztery. I to wszystko trzeba było zmieścić. W biegach mieliśmy 230 zawodników, biathlon 200 zawodników, kombinatorów było nad wyraz dużo, bo ponad 50. Wprowadziliśmy szkolną dyscyplinę. Od numeru 1-200 to biathloniści, do 200 do ileś to biegacze, a potem kombinatorzy. Po kolorach numerów rozpoznawaliśmy zawodników. Nie wolno było wejść na trasy bez numeru. Każdy, kto wszedł nie o tej porze, gdy było mu wolno, był karany. Oczywiście oszukiwali, bo po twarzach rozpoznaję zawodników, ale jeśli miał na sobie odpowiedni numer... Kończył biathlon i natychmiast przygotowywaliśmy trasę dla biegów. Kończyli biegacze, wchodziły maszyny i przygotowywały trasę dla kombinatorów. Jacy my stamtąd wróciliśmy zmęczeni! Przyjechałam akurat na Święta Bożego Narodzenia, ręce mi wisiały do kostek, a tu trzeba było wigilię robić.

Czy podczas tych wyjazdów jest czas, by przypiąć narty i trochę przebiec?

Najwięcej biega się przed zawodami i po nich. Rano trzeba wszystko osobiście sprawdzić, więc jury w całości idzie na narty i dzielimy się, kto który odcinek sprawdza. Po zawodach tak samo. Wszędzie trzeba dobiec. Na ważnych imprezach jest łatwiej dzięki transmisji telewizyjnej. Kamera prowadzi zawodnika przez cały bieg, a ja mogę to oglądać wiele razy i decydować, co było źle i co zmienić. Na imprezach bez telewizji w każdy punkt trzeba dobiec samemu. Także dlatego delegaci techniczni muszą biegać na nartach.

Ma pani swoją ulubioną trasę?

Lubię trasy w Val di Fiemme. Bardzo podobały się mi trasy w Erzurum w Turcji, gdzie ośrodki biathlonowy i biegowy były budowane specjalnie na uniwersjadę. Kapitalne trasy, świetnie przygotowane z komputerowym systemem zaśnieżania. Z tym ostatnim wiąże się śmieszna sytuacja. Przygotowaliśmy cały stadion do zawodów i pojechaliśmy do hotelu. Następnego dnia rano, przed godziną 6 jadę na trasę. Dojeżdżam do ośrodka i coś mi się na tym stadionie zmieniło. Wszystko jest białe, więc nie bardzo wiem, o co chodzi. Wysiadam z samochodu i widzę... na samym środku stadionu wielka góra śniegu. System komputerowy sam uruchomił się w nocy i nikt nie umiał go wyłączyć, bo osoba na dyżurze nie była specjalistą od guzika i całą noc dwie armatki produkowały śnieg. Szybka decyzja. Ratraki, przyczepki i trzeba było ten śnieg wywieźć, żeby przygotować stadion na zawody. Zdarzają się i takie niespodzianki!

Co trzeba zrobić, by zostać delegatem technicznym?

Proces edukacyjny jest długi, ale trzeba zacząć od samego początku. Najpierw pracuje się jako wolontariusz, potem zostaje pomocnikiem sędziego, następnie sędzią klubowym, okręgowym, krajowym, międzynarodowym, a wreszcie robi się specjalizację delegata technicznego Polskiego Związku Narciarskiego. Następnie – jeśli zostanie się zgłoszonym do FIS – rozpoczyna się czteroletni proces nauki i praktyki na zawodach międzynarodowych, który kończy się egzaminem, oczywiście w języku angielskim. W ten sposób przyszły delegat przechodzi przez wszystkie szczeble i poznaje pracę wszystkich funkcyjnych na zawodach. Tej wiedzy praktycznej nie ma w żadnych książkach, uczymy się wzajemnie od siebie. Trzeba bardzo dobrze znać przepisy, jednak przede wszystkim trzeba umieć biegać na nartach. Musi to być ktoś, kto kocha narciarstwo biegowe, niekoniecznie były zawodnik. Jeśli kocha się jakiś sport, to bardzo dużo się o nim wie, dużo czyta, obserwuje i nabywa życiowe doświadczenie. Oczywiście zawodnicy inaczej czują trasę. Ale nie zawsze jest tak, że dobry zawodnik jest dobrym delegatem technicznym.

Dlaczego?

Kiedy organizujemy zawody, każdy ma swoje oczekiwania. Zawodnik oczekuje, że trasa ma być perfekcyjnie przygotowana i ma się na niej dobrze czuć. Analizuje ją ze swojej perspektywy: gdzie jest jaki rodzaj terenu, jak wyprofilowane są zakręty, gdzie na stadionie może się rozebrać, zostawić ubranie i narty rozgrzewkowe, którędy przejść, żeby nikt mu nie przeszkadzał. Natomiast my, jako delegaci techniczni, musimy przede wszystkim zapewnić optymalną logistykę zawodów na każdym poziomie organizacyjnym. Musimy sprawdzić trasę i jej przygotowanie pod względem bezpieczeństwa zawodników. Musimy potrafić określić jej skalę trudności, biorąc pod uwagę rodzaj zawodów i umiejętności startujących, a te na każdym etapie są różne.

 

zaktualizowano czwartek, 26 stycznia 2017 09:08
Oceń artykuł
(3 głosów)
Łucja Łukaszczyk

Łucja Łukaszczyk

Współzałożycielka inicjatywy „Biegówki pod Tatrami”. Jest recenzentką w kilku dużych wydawnictwach, liznęła pracy w agencji PR i reklamy, dokazywała piórem w Towarzystwie Narciarskim „Biegówki”, a gdy warszawskie wieżowce zupełnie przestały przypominać góry, wróciła do rodzimej wioski pod Tatrami. Gdy jako małą dziewczynkę tata brał ją na biegówki, zarzekała się, że nie będzie biegać i ze strachu siadała na zadku przed każdym zjazdem. Ma za sobą znakomite starty w Biegu Piastów, tragiczne w Tartu Maratonie, a po Jizerskiej 50 marzy jej się zaatakowanie 90 km w Biegu Wazów. Kocha też biegi górskie i przygotowuje do pokochania nartorolek.

Łucja Łukaszczyk – współzałożycielka inicjatywy „Biegówki pod Tatrami”. Jest recenzentką w kilku

dużych wydawnictwach, liznęła pracy w agencji PR i reklamy, dokazywała piórem w Towarzystwie

Narciarskim „Biegówki”, a gdy warszawskie wieżowce zupełnie przestały przypominać góry, wróciła

do rodzimej wioski pod Tatrami (dociekliwi mogą po nazwisku zgadnąć której). Gdy jako małą

dziewczynkę tata brał ją na biegówki, zarzekała się, że nie będzie biegać i ze strachu siadała na zadku

przed każdym zjazdem. Ma za sobą znakomite starty w Biegu Piastów, tragiczne w Tartu Maratonie,

a po Jizerskiej 50 marzy jej się zaatakowanie 90 km w Biegu Wazów. Kocha też biegi górskie i

przygotowuje do pokochania nartorolek.

Strona www: www.biegowkipodtatrami.pl/
Komentarze (0)
↑ pomniejsz okienko | ↓ powiększ okienko

busy

Społeczność na biegówkach

  • artykuły użytkowników

lubią nas